Saltus XV według Profesa

Punkt szósta Speeder podjął mnie i Owsiaka z LZ; następnie po drodze zahaczyliśmy po Skorpiona i VojciechA – razem wypakowanym po brzegi miśkowozem dotarliśmy na Łukoil – gdzie o dziwo okazało się, że w zasadzie jesteśmy w komplecie i możemy ruszać dalej. Przepakowanie, przemieszanie składów w samochodach i możemy ruszać.

Podróż minęła bez historii; w Czersku postój na pizzę tudzież inny obiadek i dalej w drogę na Saltusa. Udało na się nie zabłądzić; dojechaliśmy na tętniący życiem parking; zgasiliśmy silniki. Spojrzałem na zegarek – coś jest ewidentnie nie w porządku – czyżbyśmy naprawdę mieli aż półtorej godziny na wyszykowanie się przed wyjściem w pole?

Zaczął się zwyczajowy ruch. Każdy ogarnia szpej; ładujemy butlę na wózeczek Doctora (który okazał się być znacznie lepszym pomysłem niż noszaki); krótka odprawa u Karoka i jesteśmy gotowi. Chwilęjeszcze czekamy aż się wszyscy Arkhanie zbiorą na drodze i idziemy w kierunku mostu.

Na moście pośrodku stoi złowieszczo milcząca postać. Kolumna zatrzymuje się – dowództwo podchodzi celem negocjacji. NIe wiemy jaki jest ich przebieg, ale po chwili kolumna rusza naprzód poganiana przez naczalstwo – „opłaciliśmy tylko przejście przez most; szybciej bo w każdej chwili mogą nas zaatakować”. W końcu docieramy do HQ. Zrzucamy plecaki; zaczynamy ogarniać obóz. Razem z Łosiami zabezpieczamy wodę dla HT; w tym samym czasie do HQ wpada lekko spieniony Owsiak jednoznacznie przekazując, że wózek z butlą został na drodze i przez las do HQ niech go targa kto inny. Ostatecznie wszystko udało się rozbić i naszykować. Czekamy.

Dostajemy rozkazy współpracy z MAG-ami i polecenie wyjścia na patrol i czesania terenu wzdłuż kanału. Posuwamy się powoli z wysuniętym oddziałem zwiadowczym; odnajdujemy stanowisko Merchanta po drugiej stronie kanału; znajdujemy i zabezpieczamy szpital w okolicy kanału aż w końću docieramy do mostu Braghów. Tam pierwszy kontakt – jednak przeciwnik jest po drugiej stronie mostu i ostatecznie zrywamy kontakt bez podejmowania walki. Odchodzimy od mostu w stronę północną i tam po chwili pakujemy się na piątkę Braghów – szybki rush w wykonaniu Kuby i trzech z nich ( w tym narzekający na to, że „swoi” go zdjęli Feldziu) w białych ręczniczkach udaje się do swojego HQ. Dwóch kolejnych wiało szybciej niż były ich w stanie gonić kule.

Patrol się przedłuża – podążamy w stronę źródeł cały czas czesząc teren. Gdy zaczya się robić ciemno i planujemy powrót do HQ dostajemy rozkaz sprawdzenia odnalezionego wcześniej PS i dokonania wpisu. W coraz bardziej deszczowej pogodzie ruszamy wykonać zadanie – bezproblemowo, ale widać coraz mniej. Siedzimy na PS przez chwilę, po czym otrzymujemy rozkaz odhaczenia kolejnego. Coraz bardziej zmoknięci wykonujemy i to zadanie po czym rozpoczynamy powrót do HQ. Po drodze napotykamy na nocną potyczkę – widać światła latarek, huk markerów – jesteśmy tak blisko, że światła latarek bez małą mogą nas dosięgnąć. VojciechU decyduje, że nie wdajemy się w walkę tylko wracamy do HQ. Po tym jak kolejny
błysk latarek nas posłał w krzaki kolejna decyzja – wracamy na światłach i szybkim marszem bo inaczej w życiu do HQ nie dojdziemy. Po drodze mijamy przyczajony patrol – na szczęście nasz bo o ich obecności dowiadujemy się jak w eter leci meldunek o dostrzeżeniu kolumny idącej na latarkach.

W końcu koło 23 docieramy do HQ. Nasi dowódcy idą na pogadankę z dowództwem a reszta szuka sobie miejsca w namiotach. Pobudka zaplanowana na 4 rano.

Całą noc pada. Część sprzętu leży pod hamakami VojciechA i Woszcza. Wszystko mokre; a co zmokło wcześniej nie miało szansy wyschnąć. Po ogarnięciu się dostajemy zadanie – idziemy na źródła i zabezpieczamy PS. Woszczu odpada – załatwił sobie nogi tak, że dostaje oficjalne L4 od Doctora 🙂 Zostają także Doctor I Kuba – reszta rusza naprzód. Docieramy do źródeł; obchodzimy je zabezpieczając kolejne punkty – gdy jesteśmy na ostatnim z wzgórza po drugiej stronie źródłą zaczyna się na nas sypać grad kul – Braghowie i to w znacznej liczbie. Identyfkujemy Robale (co wyrywa bojowy okrzyk z piersi VojciechA) PO gwałtownej strzelaninie udało nam się zadać im pewne straty ale ostatecznie zostajemy wybici i wracamy do HQ.

W HQ po godzinie przerwy pluton rusza dalej – w bazie zostaje Piosz, Ja, Haraś i WOszczu. Po jakichś dwóch godzinach odpoczynku dźwigam zwłoki i idę do Zibiego podpytac jak tam HT – „działają i wszyscy żyją”. Trochę dyskomfortu do tej informacji wprowadza powrót ustrzelonego Speedera dosłownie minutę póżniej 🙂 – jak sam mówił; myślał, że te choinki to jedyne miejsce gdzie mógł się schować przeciwnik – i rzeczywiście tam byli! :P. Dodatkowo okazuje się, że do 18 mamy współpracę z OSĄ i działamy wspólnie a więc Braghowie są w głębokiej defensywie.

Siedzimy i odpoczywamy dalej – w końcu meldujemy Zibiemu, że cztery Konie są gotowe do wymarszu i zostajemy dołączeni do ekipy Janka idącej podjąć skrzynię zabezpieczona przez nasz oddział z którego tylko jedna osoba żyje i zna koordynaty schowania skrzyni. W końcu udaje nam się gościa ze Sfory znaleźć i odzyskać skrzynię. Janek decyduje – nasza czwórka razem ze sforą rusza na źródła wesprzeć patrol tam pilnujący terenu. Szukamy „sfory” – okazuje się, że jest to sfora jednoosobowa :). Razem ruszamy na PS. PO drodze mamy kontakt – silna grupa, jeszcze nierozpoznana. Dajemy dlugą w kierunku PS gdzie znajdujemy Skorpiona i VojciechA. Reszta ekipy jest w terenie. Po chwili okazuje się, ze grupa która szła za nami to nasi wykonujący inne zadanie,

Z PS najpierw schodzi kolega ze Sfory – chyba w kierunku HQ. KIlkanaście minut później schodzi Skorpion i VojciechU – zostajemy we czwórkę. Czas płynie wolno, i deszczowo. W końcu na miejsce wsparcie w postaci Kici z oddziałem HT – dokonujemy ostatniego wpisu na PS i wraz z Harasiem i Pioszem wracamy do HQ – Speeder dołączył się do oddziału idącego czesać teren.

W HQ walę się do śpiwora; po jakiejś góra godzinie słyszę jak do przedsionka wsuwa się Kuba z informacją, że oddaje mi gorka – na chwilę oprzytomniałem – co tak szybko? – mieliśmy krótkie negocjacje z OSĄ – pada odpowiedź. Godzina 19 ; może przed 20 a ja odpływam.

Na nogi stawia mnie pobudka około czwartej rano. Coraz trudniej zakłada się mundur ciężki od wody i buty z których wyraźnie dobiega rechotanie żab. W końcu udaje się zmobilizować – ostatni posiłek przed wyjście w pole i ruszamy. Tym razem zmobilizował się nawet Woszczu 🙂 Idziemy dużą grupą mając na celu opanowanie źródeł i dalsze działania w zależności od potrzeb. Po drodze odłączają się od nas drużyny zwiadowcze mające namierzyć poruszającego się po terenie VIP-a. W trakcie marszu napotykamy na dwóch przeciwników – jednego z białą flagą a drugiego czającego się nieco za nim. Nasza czujka spokojnie podchodzi o parlamentariusza; przyjacielskie klepnięcie po ramieniu „jeniec”. Parlamentariusz zdębiał – jego kolega wywalił serię równocześnie próbując zwiać, ale skoncentrowany ogień nie pozostawił mu złudzeń. NIemniej jednak ubił jeńca i jednego z naszych. RUszamy dalej.

Postój na PS; rozstawienie – w końcu po jakimś czasie zaczyna się coś dziać. Rozwijamy tyralierę i ruszamy na czającego się przeciwnika stopniowo go wybijając. Idzie pięknie – nagle prostuje mnie seria w plecy – obracam się tłumiąc w ustach przekleństwa i widzę gościa z naszywką Pretorków który metodycznie od tyłu wycina naszych ludzi. Jakim cudem wyszedł na plecy ludziom na środku długiej na kilkadziesiąt osób linii pozostaje zagadką której rozwiązanie mogą znać tylko oddziały na skrzydłach…

Wychodzę na drogę; tam się zbiera większa ekipa; Doctor, Speeder, Benny…Wszyscy ruszamy do HQ; po drodze dołącza do nas Kicia który „podpiął się” pod konwój Osy a w momencie gdy chciał ich zatrzymać na chwilę marker odmówił mu posłuszeństwa.

Do HQ docieramy około 9.40. Powoli zaczynamy pakowanie i ogarnianie. Przed 11 jeszcze jedno wyjście w teren – udaje się zmobilizować w sumie trzy osoby od nas – Kicia, Speeder i Doctor – Ja, Benny i Woszczu zostajemy i ogarniamy powoli chaos jaki jest w obozowisku. W końcu wybija 12 i zbieramy się w HQ.

Samochody na miejscu; sprzęt spakowany; ostatnie pożegnania i łyk malinówki z zapasów MAG-a i możemy jechać.

W Tucholi zatrzymujemy się na obiad w świeżo otwartej knajpie – nie wiem czy banda dwunastu brudnych, nieogolonych facetów w mokrych mundurach była ich wymarzonymi gośćmi 😛

Na autostradzie zatrzymujemy się na MOP na krótki postój który nieco nam się przeciąga – spotykamy tam ludzi z Czerwonych Diabłów; jak się okazuje tych, którzy w sobotę rano nas wyparli znad źródeł. Krótka pogadanka; kolejna porcja wiśniówki i znowu ruszamy w trasę.

Po dotarciu na miejsce zbiórki udaje nam się dograć pakowanie się do wozów – po Owsiaka przyjechała Karolina i jakoś udaje się mnie i Skorpiona upchnąć w samochodzie chociaż zza sterty bagażu nas nie widać a Skorpion potrzebuje pomocy przy wysiadaniu 😛

W końcu dom…

Horse Team – Wolna Grupa Paintballowa