Saltus XIV oczami Profesa

Skoro Saltus odespany można skrobnąć kilka słów 🙂

Na Saltusowy wyjazd omówiliśmy się na 7 na tradycyjnej już stacyjce na wylocie z Łodzi. Tradycyjnie już Koniowóz był tam pierwszy i tradycyjnie już okazało się, że godzina 7 to tylko i wyłącznie papierowa godzina bo na pewno o niej nie wyjedziemy.

Gdy już wesoła ekipa się poprzepakowywała pomiędzy rożnymi pojazdami i ustalił się skład ostateczny ruszyliśmy. Saltusowa niespodzianka drogowa dopadła nas przed Płońskiem – koło w przyczepie nie wytrzymało napięcia związanego z transportem tak dużej liczby rzeczy i postanowiło się wyluzować. Efekt – zmiana koła na dojazdówkę; podróż z Vmax 65km/h i liczne ciekawe określenia zasłyszane w CB na nasz temat od ludzi z korka który się za nami utworzył po horyzont. Po zmianie kółka ruszyliśmy dalej.

Na miejsce jak zwykle dotarliśmy na ostatnią chwilę; szybkie przepakowanie się i doszykowanie i wraz z Medykiem ruszamy w kierunku pierwszej misji – rozminowania pola. Ostrym tempem dotarliśmy w pobliże pola i po rozstawieniu czujek wzięliśmy się za rozminowywanie. Efekt – zebrane miny i ładunki do cięcia kabla; straty – Medyk i Skorpion (Medyk wlazł na minę; Skorpion się wysadził w trakcie rozbrajania kolejnej). Ruszamy z powrotem.

W HQ czekają już na nas namioty rozstawione przez Konia i Woszcza. Szybkie ogarnięcie się – wychodzimy znowu w pole celem znalezienia grupy zagubionych naszych pilnujących moździerza. Znowu szybki marsz; przeprawa przez rzeczkę; poszukiwanie koordynatów – Benny łapie kontakt; za chwile wykonuje przepiękne salto unikając kulki wystrzelonej przez zbyt nerwowego członka grupy pilnującej moździerza. Wracamy do HQ – na pierwszym skrzyżowaniu krótka dyskusja którędy – przerywa ją kontakt w prawej strony gdzie idzie linia przeciwnika i strzały z górki gdzie już pognała nasza szpica (Benny +1),
Biegiem ruszamy z powrotem w krzaki szukając innej przeprawy przez rzeczkę – po jej znalezieniu przekraczamy ją i już w miarę spokojnie wracamy do HQ. Tam wreszcie chwila odpoczynku – do 2. Zaliczamy pierwsza stratę – Owsiakowi odnawia się kontuzja z Tatr i zostaje w HQ jako wsparcie moralne dla WW i łącznik pomiędzy nami a HQ.

O 2 pobudka; szykowanie się jak zwykle – do „krótkiej misji”. Zanosimy moździerze na PS i wracamy. Po opóźnieniu spowodowanym oczekiwaniem na druga idącą z nami ekipę idziemy w teren hałasując „jak stado koni” według słów jednego z naszych ;). Dochodzimy w okolice wskazanego PS – kontakt. Rybka drze się niemiłosiernie na swoich i naszych o podciągnięcie – stopniowo eliminujemy opór. Szybka decyzja – PS był broniony, nie ma sensu rozstawiać moździerzy. Ja i Hory idąc w ślad za za naszymi „duchami” odnosimy je do bazy. Reszta ekipy zostaje na miejscu.
W bazie odmeldowujemy się WW; decydujemy, że czekamy na respawn trzech naszych i dopiero ruszamy. Kicia zarządza pobudkę o 5.50 i wymarsz o 6. Docieramy szybkim marszem na wzgórze w pobliże PS którego broni tylko HT. Siedzimy tam w sumie do około 12 – patrole wzdłuż przeprawy; szybki wypad gdy dowiadujemy się, że jedna z naszych ekip ucieka z moździerzami przed przeciwnikiem – w końcu możemy wracać do HQ. na miejscu okazuje się, że czas wolny wbrew poprzednim obietnicom mamy tylko do 14 – o 14 wymarsz z powrotem na wzgórze na którym spędziliśmy tyle czasu i budowa bazy obronnej oraz szpitala. Rozstawiamy czujki podczas gdy na górze trwają prace murarsko – budowlane oraz minerskie. W Końcu wraz z Bennym i Kicią jesteśmy wołani do środka. Można się na chwile wyciągnąć. W bazie zostaje 7 osób; do tego dwie na PS, Skipper minujący teren i trzy osoby gdzieś w terenie. Zastrzeżenia, że tak mała ilość osób może nie obronić bazy zostają odrzucone przez dowództwo (W razie czego BT wam pomoże, są blisko) Doszło jeszcze trzech ludzi z Red Arriow którzy znakomicie wybrali sobie pozycje na zewnątrz naszego perymetru obrony i mieli sprawić atakującym bolesną niespodziankę. Śpiących lub drzemających budzi koło 17 wrzask Konia „Kontakt” Widok szarżującej na nas bandy Balibów (chyba ze 40 luda) momentalnie podrywa na nogi każdego śpiocha. Atakujący z godną podziwu sprawnością rozwinęli się w linie i ruszyli naprzód – miny nie miny – jak ruscy komandosi. 7 osób to za mało – nawet mimo wsparcia RA które na moment załamuje atak na skrzydle. W końcu w szpitalu jest nas prawie komplet – i wtedy do akcji wkroczyło wpadające biegiem BT uderzając na skrzydło przeciwnika i rozbijając go całkowicie. Było gorąco, ale się udało.
Odparcie ataku pozwala w końcu na zrozumienie w HQ, że do utrzymania tej bazy trzeba ludzi i powoli zaczynają spływać posiłki. Zbliża się noc…

Noc która przechodzi bez walki z Balibami za to z walka z przejmującym zimnem. Mało kto w bazie jest przygotowany do nocowania; nieliczni maja karimaty; jeszcze bardziej nieliczni śpiwory. Gdy w nocy zrobiło się zimno i szukam swojego nie mogę go znaleźć – potem okazuje się, że zawinął się w niego Dorek szczęśliwy po warcie na moździerzach gdzie było jeszcze zimniej niż w bazie właściwej). Powoli baza zaczyna pustoszeć – część ludzi odchodzi do HQ; część idzie tylko po śpiwory i karimaty i wraca. Koło północy znika Woszczu – idzie dołączyć do Owsiaka w namiocie. Ofiarą „zimowania” pada także Koniu którego kształtów pod foliami, karimatami i moim świeżo odzyskanym śpiworem którymi narzuca go reszta HT nie daje się już rano rozpoznać. Do dokładki dostaje ogrzewacze chemiczne z racji żywnościowych i grzane piwo – i wraca do życia. Zimno było tak, że w naszej trójce wartowniczej (Hory, Doctor, Ja) każdemu przechodziło przez myśl, że możeby zostać dłużej na warcie zamiast kłaść się na karimatę i budzic zmiennika – pomysł ten zrealizował w końcu Hory na ostatniej warcie 🙂

Stopniowo wstaje dzień; ludzie się budzą i zbierają do kupy. Woszczu zostaje przygoniony z bazy wraz ze środkami wspomagającymi – m.in wspomnianym piwem – i zajmujemy pozycje.
Rano o mały włos padlibyśmy ofiarami sprytnej sztuczki Balbów – do bazy wpada dwóch naszych których goni czterech Balibów – później okazuje się, że są to dwaj „przebierańcy”część ludzi rozchodzi sie do zadań, ale jasne jest, że przed końcem dnia możemy się spodziewać ataku Balibów. I tak się dzieje – przed 11 rusza na nas atak; wywiązuje się zaciekła walka na przedpolu; kule sypia się tak, że nawet w szpitalu nie można głowy podnieść. Jeden z „przebierańców” próbuje wejść „od tyłu” do bazy ale na szczęście nasza obsada zachowuje czujność – strzał z metra w ucho wyłącza gościa z gry i odsyła go w kierunku HQ Balibów (szczerze mówiąc podziwiam gościa, że był w stanie równym krokiem zejść z pola po takim trafieniu). Stopniowo w szpitalu nie ma się jak ruszyć; zagląda do nas jeszcze zabity Balib (którego przez chwile Koniu usiłuje także do środka zagonić) aby potwierdzić pogłoski, że w szpitalu cudownie wracamy do życia ale widząc że wszystko jest w porządku wraca do swoich.

Stopniowo cichnie ogień i życie wraca do normy. Czas gry się kończy – czas rozminować teren, zwinąć bazę i zwinąć się.

Wracamy do HQ – tradycyjnie już zawijamy się na parking jako ostatni. Na parkingu jeszcze pożegnanie i czas w drogę. Tym razem bez niespodzianek. Szybki posiłek w knajpce przed Olsztynkiem (placki z gulaszem takich rozmiarów, że tylko Vojciechu sobie z nim poradził) i dalej już tylko Łódź.

Kolejny Saltus za nami – czekamy na kolejnego. Tym razem niestety nie obyło się bez spięć różnorakich, ale oby na następnym było lepiej.

Horse Team – Wolna Grupa Paintballowa