Saltus XIII oczami Profesa

Pierwsze przygody zaczęły się już na trasie – nasz Navi zmylił drogę i Koniowóz wraz z przyczepą utknął w błocie na polnej drodze już na terenie działań ale zanim dojechaliśmy do parkingu. Dopiero pomoc „Czerwonych Diabłów” a ściślej mówiąc ich samochodu pozwoliła nam się wykopać z pułapki.

Czas biegł nieubłaganie. Odmeldowaliśmy się na parkingu; naszykowaliśmy sprzęt na przyczepie i z lekkim opóźnieniem ruszyliśmy za wszystkimi – razem z przyczepą. Okazało się, że rozpoznanie trasy do HQ zostało dokonane perfekcyjnie – drobiazgiem była konieczna przeprawa przez bagno efektem czego skapitulowaliśmy zarówno my jak i obsada przyczepy ze sprężarką.

Ostatecznie dotarliśmy do HQ; tam się na szybko podzieliliśmy – sześć osób ruszyło na zwiad celem szukania drogi którą możnaby przyczepę do HQ zapchać a reszta ruszyła na pole walki.

Już po godzinie udało nam się znaleźć drogę i zapchać przyczepę do HQ oraz rozbić obóz – cały czas czekając na ludzi, którzy poszli w pole. Gdy zaczęli powoli schodzić padł rozkaz wypuszczenia jeszcze jednego patrolu celem połączenia się z oddziałem Legionu Chotomów pod dowództwem Generała – z którym przez następne dwa dni mieliśmy ściśle współpracować. Na patrol wyruszyło 6 osób (pamiętam siebie, PG i Mańka) – w zapadających ciemnościach dotarliśmy do wracających z pola oddziałów Generała i razem zeszliśmy do HQ.

Następny dzień miał być poświęcony budowaniu bazy i linii telefonicznej pomiędzy bazami. Zadanie to w przypadku Bazy 1 spadło na HT oraz Legion Ch. Po pobudce o 2.15 i słodkim głosie naszej pogodynki 😉 który obwieścił to, co wszyscy wiedzieli – pi..znaczy zimno jak diabli – wszyscy się pozbierali i przygotowali do wymarszu. Około 5 byliśmy na miejscu i zaczęliśmy budowę umocnień – stretch; siatka maskująca; sznurek – kolejno powstawały kolejne bunkry które osłaniały bazę od wschodu i północy. Spokój…chwila odpoczynku; rozesłane patrole i dosyć długo cisza. Pojedyncze kontakty…w końcu zaczyna się coś dziać.

Ponieważ najwięcej dzieje się od północy i od zachodu kilka osób od nas zostaje przesuniętych na zachodnią stronę bazy gdzie jest paskudne długie podejście od strony drogi i HQ Balibów.
W międzyczasie do Bazy 1 od strony pozycji HT zbliża sie nierozpoznany oddział – zamaskowany, bez naszywek identyfikujących i nieznający hasła…Słychać gwałtowną strzelaninę – jak już wszyscy są wybici okazuje się, że to nasi…No cóż; na drugi raz jak ktoś z HT krzyknie hasło to postarają się je pamiętać 🙂
Generał wysyła kolejne jednostki na dół gdzie toczą się coraz bardziej zacięte walki – przeciwnik odkrył kabel i porwał go; trwają próby przywrócenia łączności. W końcu po kilku godzinach siedzenia na tyłku zbieram się z jedną z ekip i idę na dół powalczyć. Atak Legionu zakończył się w tym miejscu sukcesem – niestety ze stratami i niestety jedną z tych strat byłem ja…wracam do Bazy odmeldować się Koniowi i do HQ na godzinny odpoczynek.

W HQ siedzę sam – kilka osób które poległo wcześniej wyszły w dwóch rzutach a sam nie chcę się błąkać po terenie – za duża szansa na bycie odstrzelonym przez kogokolwiek. W końcu jakoś około 15 pod naszym HQ pojawia się duuża grupa Balibów potrząsając groźnie bronią i zapraszając na zewnątrz – po chwili rozdzielają się – większa grupa idzie w kierunku Bazy; mniejsza ucieka w przeciwna stronę. Po chwili zaskoczenia kilka osób które były gotowe łapie za markery i wyskakuje z HQ w pogoni, żeby ich choc trochę poskubać – idę razem z ekipą które rozłożyła się tuż koło nas ale Balibowie wieją tak szybko, że ledwo idzie ich dogonić. Bilans strat 3-3 i wracamy do bazy.

W międzyczasie rozgrywa się epicka bitwa o Bazę 1 o której pewnie opowie ktoś, kto siedział na miejscu.

Na miejsce docierają Pol i Idol – czekam aż się ogarną i wychodzimy w pole – plan jest taki, żeby iść z drużyna Wolfa i zanieść do bazy 1 skrzynię z amunicją. W międzyczasie spotykamy wracającą część HT celem uzupełnienia amunicji i wody i Pol decyduje się czekać na nich. Chłopaki Wolfa znikają w lesie a my po jakichś 15 minutach jesteśmy w komplecie i ruszamy z cała ekipą do Bazy.

Na miejscu ekipa wyrusza wykonywać zadanie – jest moment, że w Bazie zostaję z Generałem i jeszcze jedną – dwiema osobami. Zadanie – Konwój – jest wykonywane chyba wszystkimi dostępnymi na polu walki siłami – Balibowie widząc idącą linią grupę ludzi – około setki – nawet nie próbują stawiać oporu; gdy konwój już jest odprowadzony rozgrywa się scena jak w Asterixa – sześciu Balibów rozpaczliwie próbuje uciec podczas gdy za nimi biegnie kilkudziesięciu naszych z okrzykami „ja tez chcę postrzelać” 🙂 Z naszej strony pierwsi byli Ami i Kicia 🙂

Około 19 zapada decyzja o opuszczeniu Bazy 1 i powrocie do HQ – wszyscy od nas są od 2 na nogach a tylko nieliczni mieli chwilę odpoczynku w HQ. Wracamy; ogarniamy się – decyzja Rybki – HT wraca do bazy 1 i trzyma ja przez noc. Pakujemy się razem ze śpiworami i resztą sprzętu i ruszamy. Na miejscu zastajemy kilka osób z Legionu i jeszcze mniej z GRDI (?) – rozkładamy się, wyznaczamy warty; już po ciemku Koniu z Kicią minują teren.

Koło 22 alarm – podrywamy się na nogi i ruszamy w kierunku pozycji GRDI – od ich strony dalej w lesie słychać strzelaninę. Na miejscu okazuje się, że nic się nie dzieje bezpośrednio u nas – ale okazuje się także, że chłopaki zaraz schodzą do HQ. Wreszcie koło 23 Koniu stwierdza, że absolutnie nie ma sensu trzymać HT na miejscu bo bazy i tak nie utrzymamy w razie ataku i decyduje o zejściu do HQ. Na miejscu zostaje Kicia i Skorpion jako obsada bazy i celem przesyłania meldunków.

O godzinie 5 budzi nas wrzask Konia „wstawać; Saltus się jeszcze nie skończył” – wypadamy z namiotów w sprzęcie; nie ma czasu an śniadanie – pakujemy się i na szybko ruszamy w kierunku Bazy 1 z której właśnie zszedł Skorpion. Parę minut po 5 jesteśmy na miejscu i rozkładamy obronę okrężną i czujki. Siedzę znowu od strony zachodniej; po jakimś czasie Koniu przerzuca mnie do Woszcza na stronę południo90wa gdzie siedzę razem z Marsmim. Cisza. O 7 idzie meldunek; zostaje jeszcze jeden do wysłania o 9.

Tuż po 9 do bazy wpada samotny Balib i eliminuje całe nasze dowództwo siedzące bez masek przy telefonie – do obrony bazy zostaje część HT (Pol i Idol zeszli bez masek) + kilka osób z Legionu które pilnowały strony zachodniej i północnej i także nie zostali wyeliminowani.

Za chwile wychodzi na nas atak – zarówno od strony drogi (od południa) jak i od strony rzeczki i od wschodu – nie atakują tylko od zachodu ale tam samo podejście zniechęca do takich manewrów. Udaje mi się ustrzelić jednego atakującego od strony drogi ale jestem sam i za chwilę padam pod ogniem; Lufa Konia kierująca się w moja stronę powoduje, że próbuje się okopać w igliwiu ale na szczęście idący za mną Balib jest zaskoczony tym, że osłona wykonała mu „padnij” i ginie ustrzelony przez Konia. Reszta HT obecna w bazie cofa się do siatek założonych poprzedniego dnia i zaczyna się oblężenie. Przydały się miny zakładane w nocy – kilku Balibów się na nie ładuje. Grad kul sypie się taki, że mam problem z określeniem jak zejść z pola żeby nie oberwać przez przypadek – w końcu docieram do siatek; zostawiam, fata z kulami i markera dla PG (kończy mu się gaz w butli) i udaje się do HQ. Po drodze spotykam jeszcze Leona który razem z Woszczem i Bennym siedzieli na dole od strony północno – zachodniej i słysząc atak ruszyli na skrzydło przeciwnika.
Atak został odparty głównie dzięki skrzyni z amunicją która została w Bazie 1 po nocy – gdyby nie te dodatkowe 2 tysiące kul byłoby bardzo ciężko; po bitwie pozostawały wszystkim resztki w markerach tylko; w oczach mam obraz Kici który kucając za siatką nabiera ręka kule z rozdartego worka i sypie je do loadera :).

W HQ jestem około 10 – zostaje godzina i potem od 11 godzina na polu – razem z Leonem rezygnujemy z tego; z Miśkiem, Mańkiem i Skorpionem powoli zaczynamy pakować własny sprzęt i zwijać HQ tak, aby jak wszyscy wrócą z pola walki było jak najmniej rzeczy do roboty.

Po 12 jeszcze ci, co pakowali HQ poszli posprzątać teren Bazy 1 – ostatecznie wracamy koło 13 do HQ i kończymy pakowanie się do przyczepy i auta. Czas ruszać w drogę powrotną…

Sprawozdanie skromne, bo zdecydowaną większość czasu gapiłem się na drzewa od strony zachodniej; raz tylko wziąłem udział w ataku Legionu Ch. W walce niedzielnej tez za dużo nie zdziałałem – błędem było to, że zostałem sam od strony południowej – ale cóż; życie a byłem w pewnym momencie chyba jedyna osobą od tej strony bezpośrednio przy umocnieniach – wszyscy byli cofnięci w głąb bazy. Niemniej jednak kogoś ustrzeliłem więc bilans 1-2 nie jest taki zły 🙂

Dziękuję wszystkim za grę, wyjazd i grową i wyjazdowa integrację. Jak pisał Kabuz – dzielenie się kawałkiem żarcia; batona; wody; ostatnim łykiem piwa i wiśniówki – bezcenne.

Horse Team – Wolna Grupa Paintballowa